wybucham płaczem co minutę. tick tock tick tock. już teraz. przerwa tick tock tick tock - ryk.
nie, nie jest ok. moje ciało nie czuje się komfortowo. moje ciało jest zakażone, i chyba chce umrzeć. zastanawiam się czy naprawdę tak bardzo nie chcę umierać razem z nim. zastanawiam się czy cudze ręce nadal są najlepszym lekarstwem, bo mogę z góry założyć, że gigantyczne tabletki które muszę łykać łagodzą tylko objawy zakażenia, i może fizycznie w końcu się z nim uporają, ale nie są w stanie sprawić żebym czuła się tak jakbym znów płonęła. jestem grzeczna, tulę kota, misia, poduszkę wszystko co w ręce mi wpadnie - mimo że jest łatwopalne. ludzi gorzej się pali, z nimi są problemy. jednak za każdym razem gdy czuje cudze ręce w okolicy wystających kości miednicy czuję, że mogłabym się palić, i wiem, że mogłabym płonąć całe życie gdy powoli ręce wędrują w górę, talia, sterczące żebra, szerokopojętybiust...
później jest tak dobrze, jakby nie mogło być lepiej, później któreś z nas mówi w końcu coś niemiłego, później przestajemy w siebie wierzyć i cała magia ucieka, później znów moczę łzami futro kota i tak bardzo przeklinam los za samotny sen. później przeklinam już tylko siebie. za wszystko.
piątek, 13 sierpnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz